poniedziałek, 16 grudnia 2013

Niezwykłość codzienności - czyli moje okulary na Twoim nosie :)

Święta, święta... Wszyscy je kochają. Ale czy tak naprawdę poprawnie do nich podchodzimy? Zazwyczaj patrzymy na nie przez pryzmat prezentów, jedzenia i tego, co zagości w naszym domu. Nie zwracamy uwagi na to, co tak naprawdę jest najważniejsze - klimat i wyjątkowość tego niepowtarzalnego i pięknego czasu w roku.
Powinniśmy cieszyć się obecnością naszych bliskich i przyjaciół, uśmiechem obdarowywać nawet tych, którzy zazwyczaj nie są nam przychylni. W naszym interesie powinno być rozsiewanie ciepła i radości. Bo przecież tylko takie święta mają smak i pozostają w naszym sercu.
Może warto przysiąść i zastanowić się nad samą ideologią grudnia na tle całego roku. Może warto przemyśleć to i owo...


wtorek, 19 listopada 2013

Niezwykłość codzienności - czyli moje okulary na Twoim nosie :)

Ludzie zazwyczaj są samolubni. Uważają, że nie muszą się z nikim liczyć, nikogo szanować. Bzdura! Nie żyjemy sami. Otaczamy się przecież wspaniałymi ludźmi, którzy zasługują na szacunek i choć odrobinę zainteresowania. Nikt z nas nie lubi być przecież poniżany, oszukiwany, odrzucany. Podświadomie dążymy do tego, aby nasze środowisko nas zaakceptowało i dobrze odbierało. W naturze wszystko dzieje się na podstawie akcji-reakcji. Dostajesz ile dajesz. Ludzie są dla ciebie tacy, jaki ty jesteś w stosunku do nich. Może czasami warto dać z siebie nieco więcej. Świat na pewno to odwzajemni J

poniedziałek, 18 listopada 2013

Niezwykłość codzienności - czyli moje okulary na Twoim nosie :)

Prawdziwa przyjaźń?
Często pozory mylą. Określamy kogoś mianem przyjaciela, choć tak naprawdę nim nie jest. Trzeba rozróżniać zwykłą znajomość, od czegoś, co posiada głębokie korzenie.
Przyjaciel jest osobą, bez której nie możemy się obyć. To nasze rodzeństwo, które po prostu poznajemy później. Dzięki niemu stajemy się szczęśliwsi, pewniejsi siebie. Zyskujemy poczucie bezpieczeństwa, które tak naprawdę jest w życiu każdego człowieka najważniejsze. Nie można jednak zapominać o tym, że sami z siebie również musimy coś wykrzesać. Dobre słowo, ciepły gest – to wszystko zbliża do siebie ludzi i sprawia, że stają się sobie coraz bliżsi. Jak więc znaleźć dobrego przyjaciela? Takiej osoby nie trzeba szukać, nie trzeba się nawet starać. Dlaczego? Bo będąc sobą przyciągniemy w nasze otoczenie tych, którzy doceniają nas za to, jacy naprawdę jesteśmy.


niedziela, 17 listopada 2013

Niezwykłość codzienności - czyli moje okulary na Twoim nosie :)

Czy pasja jest ludziom potrzebna? Myślę, że tak. Inaczej przecież nie robiłabym tego, co robię, nie sprawiałoby mi to radości i nie przynosiło żadnych korzyści. Bo prawdą jest, że pisanie daje mi ogromne zadowolenie i sprawia, że czuje się lepiej. Kiedy wiem, że ludzie czytają moje teksty jestem najszczęśliwsza na świecie. Poświęcają czas czemuś, co mi sprawiło przyjemność. Wspaniale, prawda? Ludzie zadowoleni i spełnieni, to ludzie szczerzy i prawdziwi, zgodni z zamierzeniem istnienia człowieka - spełnionego i wiecznie uśmiechniętego. Dlatego też piszcie, grajcie, śpiewajcie, malujcie, gotujcie! Róbcie cokolwiek, co sprawia wam przyjemność. Zapewniam Was, że z czasem zacznie przynosić satysfakcję, a później też wspaniałe efekty i korzyści. Pasja jest najpiękniejszą częścią ludzkiego życia. Dopełnia je i sprawia, że wszystkie działania są kompletne. 

PAPIEROWY PUCH - rodział 11.

11.
Jessica i Matt jeszcze chwilę ze mną porozmawiali. Potem zostawili mnie sam na sam z moimi okropnymi myślami. To wszystko robiło się jakieś chore. Czułam się jak główna bohaterka programu kryminalistycznego.
Leżałam na łóżku czując, że coraz bardziej się denerwuje. Spojrzałam na zegar – była dopiero siódma. Gdybym poszła spać teraz, nie mogłabym spać w nocy, a wtedy byłabym jeszcze bardziej narażona na bzdurne rozważania. Od śmierci wybawiła mnie wspaniała pielęgniarka, która krokiem kulawej modelki weszła do sali.
- Co mała, nareszcie pojechali? Co za ludzie! Na twoim miejscu już dawno uciekłabym z domu.
Nie chciałam jej strofować. Poczułam się trochę urażona, bo nie znając ani Jess, ani tym bardziej Matta nie powinna tak mówić. Każdy przecież może się zdenerwować, a wiadomo, że matka w obronie swojego dziecka potrafi nawet zabić.
 - Niestety tak – mruknęłam, podciągając się do góry.
Podeszła do kroplówki, potrząsnęła nią i popatrzyła w moją stronę. Co chwila spoglądała na zegar. Miałam wrażenie, że czeka na koniec zmiany. Pewnie kiedy się skończy wyleci stąd z prędkością torpedy.
 - Powiem ci coś. Jak koleżanka koleżance – to porównanie totalnie zbiło mnie z tropu. Od kiedy się z nią kolegowałam? Drugi raz widziałam ją na oczy. Paranoja – twoja matka powinna się leczyć. Może polecisz jej jakąś klinikę ? Mam mnóstwo ulotek, na pewno coś się jej spodoba.
Czułam jak ciśnienie idzie w górę. Nie mogłam się nie odezwać i puścić tego bokiem, nie byłabym sobą. Natura zwyciężyła.
 - Poleci mi pani tę, z której właśnie wyszła? – byłam z siebie dumna. Chciałam jak najbardziej ją upokorzyć.
Kobieta zrobiła się czerwona jak burak. Oczy zrobiły się jeszcze bardziej czarne, a usta wykrzywiły w proteście. Widocznie chciała coś powiedzieć. Moje pytanie okropnie ją zmieszało.
Mocno ścisnęła kroplówkę i rzuciła mi wrogie spojrzenie.
 - Niewdzięczna smarkula. Hamuj się w rozmowie ze starszymi.
Owinęłam pasmo włosów na palcu i specjalnie kręciłam nim przed jej nosem.
 - To niech pani hamuje się w rozmowie z dojrzałą i zbuntowaną nastolatką. Taki układ powinien być jasny.
Puściła kroplówkę i nerwowym, szybkim ruchem podeszła do okna.
 - Nienawidzę dzieci, nienawidzę! Za jakie grzechy muszę tu pracować?
Nie chciałam słyszeć jej odpowiedzi, bo niespecjalnie mnie obchodziła. Obróciła się na pięcie i wyszła z pomieszczenia, ponownie zostawiając mnie samą.
 - Co za dziewczyna, bezwstydna! Taka jak matka! – głos kobiety dalej niósł się echem po korytarzu. Widocznie naprawdę się zbulwersowała.
Nic nie poradzę na to, że jestem aż tak pyskata. Nauczyłam się tego od życia i ludzi, którzy byli w stosunku do mnie tak samo niemili. Może nie jest to dobre, ale przynajmniej czuje się lżej.
Poza tym jakoś trzeba sobie radzić. W dzisiejszym świecie dobrzy ludzie powinni mieć twardą pięść, żeby nie zginąć w tym szale i zwariowaniu każdego, szarego dnia.





Niezwykłość codzienności - Czyli moje okulary na Twoim nosie :)

Jak być szczęśliwym?
To pytanie jest zarazem łatwe i proste. Przeważnie w życiu nie zwracamy uwagi na rzeczy, które są dla nas mało istotne. A może popełniamy błąd? Ludzie zazwyczaj dążą do czegoś, co daje im satysfakcję i ogromną ilość szczęścia w krótkiej chwili. Dochodzą do tego dniami, miesiącami, latami… Tracą przy tym mnóstwo nerwów i popadają w rutynę, jaką narzuca nam teraźniejszość. Nie da się ukryć, że dzięki temu często tracimy nad wszystkim kontrolę. Walka za wszelką cenę jest zgubna. Każdy z nas powinien się starać na miarę swoich możliwości, ale nigdy ponad siły. Aby naprawdę poczuć szczęście, powinniśmy doceniać najgłupsze błahostki, które otaczają nas każdego dnia. Mama posłała ciepły uśmiech? Odwzajemnij go! To oznaka tego, że bardzo cię kocha. Zjadłeś pyszny obiad? Brawo, przynajmniej wiesz, że wracasz do domu, gdzie ktoś o tobie myśli i dba o ciebie. Oglądnąłeś swój ulubiony film?  Wspaniale! Możesz na chwilę przestać myśleć o problemach, które cię dotyczą.

Cieszmy się z tego, co daje nam los każdego dnia, bo nigdy nie wiadomo, co stanie się jutro. Doceniajmy ludzi, którzy otaczają nas na co dzień, starajmy się być dobrymi, żeby w ich pamięci nasza postać została taka na zawsze.

niedziela, 10 listopada 2013

PAPIEROWY PUCH - rozdział 10.

10.
- Ostrożna? Doprawdy? I powiedział ci to koleś w starym jak świat płaszczu i moherowym berecie? Nie bądź głupia.
Nie obracała się. Dalej wpatrywała się w przestrzeń znajdującą się daleko przed nią.
 - Nie jestem głupia. Zazwyczaj nie biorę sobie takich rzeczy do serca, ale w nim było coś naprawdę dziwnego. Miałam wrażenie, że skądś go znam i, że mówi prawdę.
Matt wydawał się być coraz bardziej poirytowany.
 - Kompletny absurd! Poza tym nie pomyślałaś, że mógł się po prostu przestraszyć jej omdlenia? Może powiedział to w kontekście dbania o zdrowie. Wymiotując na prawo i lewo na pewno nie wyglądała na okaz tętniącej życiem nastolatki.
 - Może i tak. Ale mam wrażenie, że nie o to tu chodziło.
 - Oj, daj spokój. Robisz zamieszanie. Lepiej chodźmy, bo biedna Jennifer przez ciebie oszaleje.
Niczego nie powiedziałam. Nie wiedziałam, jak mam zareagować. Czułam okropne przejęcie. Z jednej strony wytłumaczenie Matta mnie uspokoiło, z drugiej jednak wiedziałam, ze wydarzenia, które mi się przytrafiały na dwieście procent miały powiązanie z tym, co powiedziała Jess. Wszystko zaczynało się nawarstwiać, w nieprawdopodobnym tempie i czasie.
 - Jenn? Wszystko w porządku?
Przygryzłam wargę.
 - Tak, tak, wszystko dobrze. Będziecie rano? – chciałam jak najszybciej zmienić temat. Nie mogłam jej na razie powiedzieć o tym wszystkim, bo totalnie by się przejęła. Robiłam to w trosce o nią samą. Może sama dojdę do tego, co to wszystko znaczy i kim jest ten dziwny mężczyzna.
 - Tak, przyjedziemy koło dziewiątej. Potem koło jedenastej wpadnie duchowny, przydałoby się posprzątać twój pokój. Ben narobił tam takiego bałaganu…
Oburzyłam się.
 - Hej! Kto go tam wpuścił? I jakim prawem?
Matt znów się uśmiechnął.
 - Nikt nie musiał go wpuszczać. Sam wdzierał się tam, kiedy nas nie było. Co poradzisz? Ma naturę odkrywcy.
 - Tak, tak. Zupełnie jak ty. Pamiętasz jak na wyjeździe na narty poprosiłam cię o to, żebyś poszukał w garderobie kombinezonów narciarskich?
Matt zalał się rumieńcem, wymachując rękami w każdą stronę.
 - Daj spokój! Musisz mnie tak upokarzać? Było, minęło…
Jessica zwróciła się w moją stronę.
 - I pamiętasz co nam przywiózł? – nie zdążyłam odpowiedzieć, zrobiła to za mnie – folię bąbelkową ! Na litość boską, ja naprawdę nie wiem, co tobą wtedy kierowało? Myślałeś, że się nią owiniemy i będziemy na brzuchach zjeżdżać po stoku? Niedorzeczne!
Głośny śmiech rozniósł się po całej Sali. Rozbrzmiał wśród metalowych łózek, białych ścian i wszystkiego, co tak bardzo mnie przytłaczało.





wtorek, 15 października 2013

PAPIEROWY PUCH - rozdział 9.

Widząc moje rozbawienie widocznie odjęłam im ciężaru. Chyba doszli do wniosku, że faktycznie wszystko ze mną okej i , że to wina głupiego koszmaru, a nie bólu, który miałby mnie zabić, czy zrobić ze mną Bóg wie co.
 - Ben o ciebie pytał – rzuciła Jessica – strasznie się za tobą stęsknił i chciał dziś z nami tu jechać. Ale sama wiesz, że nie lubie zabierać go w takie miejsca. Nie chce, żeby widział tych wszystkich ludzi. Jest za mały, żeby poznać atmosferę szpitala.
Matt widocznie się obruszył.
 - Ty i te twoje matczyne perypetie. A właśnie powinien tu przyjść. Powinien zobaczyć czym jest choroba i ból. Dzięki temu miałby większy szacunek nie tylko do życia, ale i ludzi.
 - Nie bądź śmieszny.
Dyskusja zaczynała się robić coraz ostrzejsza. W obawie, że za chwile się zjedzą, postanowiłam przerwać tę konwersację.
 - A ja uważam, że powinniście owinąć go folią bąbelkową i wynieść na balkon, żeby poczuł czym jest bezpieczeństwo i adrenalina jednocześnie.
Wiedziałam, że zaczną się śmiać. Głośny rechot rozbrzmiał w pustej Sali. Nagle zrobiło się o wiele przyjemniej i ciekawiej. Nie było tej ciszy, która po prostu miażdżyła mi uszy. Miłe uczucie ciepła zalało mnie od środka.
 - I po co ludzie się rozwodzą? Wystarczy mieć córkę, która palnie byle głupotę. Choć nie uważam tego za coś złego, moja kochana – Matt, to znaczy tata, pocałował mnie, a potem Jess, w policzek – kocham was, dziewczyny.
 - No ja myślę! – Jessica posłała mu kuksańca i delikatnie oparła się o jego ramię – ale przejdźmy nareszcie do jakieś normalnej rozmowy. Jak się czujesz, skarbeńku?
Podniosłam się do góry, siadając na miękkim materacu.
 - Wszystko okej. Nie czuje się źle. Kiedy mnie wypuszczą?
 - Oj, nie wiadomo. To zależy od tego, jak będziesz reagować na leki. Na razie podali ci tylko jedną dawkę i nie wiadomo, co będzie potem. Może jutro już cię stąd zabierzemy. Pójdę zapytać lekarza – mruknęła Jess i wybiegła z pomieszczenia.
Zostałam tylko ja, Matt i nasze zgryźliwe telefony.
 - No więc już jutro będziesz mogła pobawić się z Benem.
Pokręciłam przecząco głową.
 - Wolę się nie nakręcać. To nie jest pewne – popatrzyłam w stronę stolika i leżącego na nim telefonu – Matt ? – zaczęłam – umiesz sprawdzić jaki numer kryje się pod osobą zastrzeżoną?
Posłał mi zdziwione spojrzenie.
 - Ktoś próbował się z tobą skontaktować? – trochę się zaniepokoiłam, bo wyglądał na zdenerwowanego.
 - Tak, to było coś w rodzaju głuchego telefonu. Mógłbyś to dla mnie zrobić?
Podałam mu telefon i ponownie wskoczyłam na łóżko. Usiadł obok mnie.
 - Jak to możliwe? Przecież mówiłem wszystkim, żeby do ciebie nie dzwonili. Nawet każdemu z osobna wysłałem wiadomość. Nie chciałem, żeby cokolwiek cię denerwowało. Podałem też numer do pielęgniarek, żeby dzwonili do biura, a nie bezpośrednio na twoją komórkę. Hm, to naprawdę dziwne.
Spochmurniałam. Matt to zauważył i nagle uśmiechnął się do mnie. Widocznie nie chciał mnie dołować, ani niczym zajmować.
 - Ale może ktoś się pomylił. Mówisz, że to numer zastrzeżony?
Pokiwałam głową.
 - No więc niekoniecznie dzwonił ktoś ze znajomych. Może ktoś po prostu wybrał nie ten numer, co trzeba. Ale i tak to sprawdzę – włożył moją komórkę do kieszeni, a jednocześnie podał swoją – masz, musisz mieć coś, co zapewni ci chociaż kilka procent rozrywki. Przecież tu można dostać jakiegoś wariactwa, jeśli nie czegoś o wiele gorszego. W razie czego, będę dzwonił na ten telefon, dobrze? Skoro czujesz się dobrze, mogę udzielić ci tego zaszczytu – zawadiacko mrugnął okiem.
 - Dzięki – uśmiechnęłam się ciepło i rzuciłam okiem na jego telefon. Był o wiele lepszy od mojego. Pewnie miał tysiące aplikacje, które faktycznie mogłyby mnie jakoś zająć. Moja komórka miała tylko klawisze i ekran, nic poza tym. Nawet kalkulator się zacinał i nigdy nie chciał się włączać. Miałam dostać nowy pod choinkę, może faktycznie tak będzie.
 - O, chyba Jessica wraca.
Dźwięczne uderzenia obcasów faktycznie były słyszalne. Jessica wparowała z rozkosznym uśmiechem na twarzy.
 - I jak? Kiedy możemy ją zabrać?
Obeszła całe łóżko, pocałowała mnie w czoło i z lekką zadyszką wykrztusiła, że jutro rano dadzą mi wypis.
 - Także do jutra wytrzymiesz, prawda?
Ucieszyłam się. Nie chciałam tu zostawać, więc nawet na rękę było mi, że nie będę musiała siedzieć w tym okropnym miejscu.
 - Oczywiście, że tak. Nie mam wyjścia – zachichotałam.
Rzuciła mi czułe spojrzenie i lekko przysiadła na łóżku.
 - Mam do ciebie pytanie, skarbie. Ale proszę cię o szczerą odpowiedź, dobrze? – przytaknęłam kiwnięciem i czekałam na to, co chciała mi powiedzieć – no więc chciałam zapytać, czy nie wiesz, kim był ten starszy mężczyzna w spranym płaszczu?
W głowie zahuczało. Chodziło jej o tego samego faceta, którego widziałam w parku. Czyli nie miałam żadnych zwid i byłam normalna! Och, co za ulga.
 - Jakiego mężczyznę? – udawałam zaskoczoną.
Przekręciła głowę w prawo i wbiła intensywne spojrzenie.
 - Dobrze wiesz o kogo mi chodzi. Na ceremonii cały czas patrzył w twoją stronę. Myślałam, że go znasz. Ale nie to mnie martwi.
Niczego nie rozumiałam.
 - Więc co takiego?
Widziałam, że się denerwuje. Energicznie wstała z łóżka i zaczęła przechadzać się od ściany do ściany, nerwowo ściskając ręce w pięści.
 - Zaczepił mnie, jak szłam za Mattem. Niósł cię wtedy do karetki. Powiedział mi coś strasznie dziwnego i dlatego nie byłam pewna, czy jest normalny , czy nie.
Poczułam ogromny przypływ adrenaliny. Chyba fakt, że coś jest nie tak wzbudził u mnie tak duże emocje.
 - Nie żartuj. Będziesz słuchała głupot jakiegoś starego faceta? – w głosie Matta słychać było kilogramy kpiny. Wylewała się oknami i drzwiami. Pewnie ludzie na korytarzu usłyszeli tę nutę zgryźliwości.
 - Głupot? Wiesz co mi powiedział?
 - No właśnie to staram się ustalić od jakiejś minuty – odchrząknął, zakrywając jedną ręką uśmiech, który rozszedł się po jego twarzy.
Obserwowałam ich z zainteresowaniem. Cały czas czekałam, aż Jessica powie w końcu to, co miała powiedzieć.
Szybkim marszem podeszła pod okno. Stała do nas plecami.

 - Powiedział, że Jennifer musi być ostrożna.

sobota, 5 października 2013

PAPIEROWY PUCH - rozdział 8.

Obudziły mnie jakieś głosy. Żołądek znów skurczył się do wielkości piłki tenisowej, a przed oczami stanął mężczyzna jęczący i płaczący, oraz tłum ludzi mówiący mi, że to już koniec wszystkiego. Szli w moją stronę, wyciągali ręce. Chcieli mnie dotknąć, a ja nie chciałam się do nich zbliżyć. Krzyczałam, wołałam, żeby mnie zostawili. Mówiłam, że mnie nie znają i , że niczego o mnie nie wiedzą, ale oni nadal zbliżali się coraz bardziej. Twarz staruszka stawała się coraz bardziej wyraźna, coraz bardziej znajoma. Tylko skąd ja go znałam? Skąd pamiętałam te oczy, usta i poszarzałą cerę? Postanowiłam krzyknąć tak, żeby w końcu ktoś mnie usłyszał. Z gardła uwolnił się głośny pisk. Mężczyzna zbladł jeszcze bardziej i powoli zaczął się oddalać. Nagle jedna osoba z tłumu, kobieta, dotknęła mnie za nadgarstek. Poczułam, że coraz mocniej go zaciska, więc intensywność mojego głosu również wzbierała na sile. Zaczęłam się szarpać, chcąc zrzucić jej rękę z mojego ciała. Nie dało się. Uścisk coraz mocniej zaciskał się na mojej ręce. Dobiegł do mnie jednak jakiś znajomy dźwięk. Ale co to było? Brzmiało jak melodia. Melodia, którą dobrze znałam! Tak! To była francuska przygrywka, którą Matt miał ustawioną jako dźwięk dzwonka. Ale co ona tu do licha robi?
 - Jenn ! Nie krzycz, jestem tu! Jenn, to ja Jessica! Matt, wyłącz do cholery ten telefon! Nie widzisz, że nasze dziecko cierpi? Moja biedna dziewczynka, moje kochane maleństwo.
Otworzyłam oczy.
Zobaczyłam Jessicę i Matta, który widocznie nie mógł zapanować nad swoim wibrującym i dzwoniącym telefonem. Widocznie nerwy zżerały go już maksymalnie.
 - Nie dzwoń! Nie dzwoń! – komendy wydawane urządzeniu elektronicznemu niczego nie przynosiły. W sumie zachciało mi się śmiać. Opadłam na oparcie i wzięłam głęboki wdech jednocześnie się uśmiechając.
 - Musisz przycisnąć czerwony, Matt – spokojnie odpowiedziałam.
Rzucił mi jeszcze bardziej zestresowane spojrzenie.
 - Na szczęście już nie krzyczysz. Nie wiedziałem czy większy hałas wywołałaś ty, czy ten nieszczęsny budzik!
 - Matt, czy ty jesteś normalny ? Przed chwilą wrzeszczała i nie wiedziała co się z nią dzieje, a ty żartujesz sobie, jakby nigdy nic.
Podszedł do Jessici i chwycił ją w tali.
 - Na szczęście teraz jest przytomna i co więcej jest bardziej obeznana w technice niż ja.
Posłałam im ciepły uśmiech, całkowicie zapominając o tym, co przed chwilą czułam, myślałam i chyba wyśniłam.
 - Jesteś okropny – zwróciła się w moją stronę i głaszcząc mnie po policzku lustrowała całą moją twarz – dlaczego tak krzyczałaś? Bolało cię coś, skarbie?
Kiwnęłam przecząco głową.
 - Miałam zły sen, to nic takiego. Wszystko jest już w porządku.
Matt uśmiechnął się szeroko.
 - A nie mówiłem? Złote dziecko, złote dziecko!

Nie mogłam się nie zaśmiać. Jego osoba zawsze wywoływała u mnie pozytywne odczucia. Był tatą idealnym.

piątek, 4 października 2013

Niezwykłość codzienności - czyli moje okulary na Twoim nosie :)


Czemu ludzie za wszelką cenę pragną być idealni? Przecież to różnorodność jest najpiękniejsza, prawda? Wstając rano myślisz o tym, żeby zabrać fajne ciuchy, fajnie wyglądać, być fajną, wszystko robić fajnie. Ale jeśli idziemy w tłumie samych "fajnych" ludzi, czy się wyróżniamy? Odpowiedź sama się nasuwa...

Bycie innym daje nam pewnego rodzaju immunitet. Stajemy się rozpoznawalni, wyróżnieni. Zawsze zastanawiamy się nad tym, dlaczego chcemy być tacy idealni. Idealni we wszystkim. Dopiero teraz widzę, że to, do czego zawsze dążymy jest nam całkowicie niepotrzebne. Powinniśmy szanować to, jacy jesteśmy i być sobą. Każdy powinien zachowywać się naturalnie i nie ulepszać się na siłę. Bo po co? Gdyby na świecie istnieli sami idealni ludzie, gdzie byliby ci mniej idealni, normalni i z problemami? Ci wrażliwi na piękno, a nie jednolici i niejacy. Czasami warto przemyśleć kilka spraw, może z wierzchu banalnych, ale jak bardzo intensywnie wpływających na nasz światopogląd. Jestem Sylwia i nie jestem idealna, miło mi.

czwartek, 3 października 2013

Uwaga, ważne!

Moja koleżanka wykonuje fantastyczne zdjęcia! Owoce jej pasji można znaleźć na jej blogu: http://ostra97.blogspot.com/2013/09/julka-pietraszko.html :) Zapraszam!
Uchylę rąbka tajemnicy dotyczącego domniemanej okładki jednej z moich książki - Wiktoria będzie autorką :)

PAPIEROWY PUCH - rozdział 7.

Osłupiałam. Nie wiedziałam co myśleć, a co dopiero myślenie o tym, co powinnam była zrobić! Wydawało mi się, że to jakiś żart, że ktoś po prostu robi sobie ze mnie idiotkę. Miałam tylko nadzieję, że za chwilę usłyszę wybuch śmiechu moich kolegów, albo kogokolwiek innego. Złudzenie widocznie jest moim drugim imieniem, bo niczego takiego się nie doczekałam. Jedyne co dochodziło do moich uszu, to ciche pojękiwania. Płacz i zgrzyt, smutek, który nawet przez słuchawkę sprawiał, że ściskało mi żołądek.
Strach wziął nade mną górę. Gwałtownie wyłączyłam telefon i rzuciłam nim o znajdującą się naprzeciwko ścianę. Przyspieszony oddech potęgował moje napięcie i rosnące zaniepokojenie. Nagle do Sali weszła pielęgniarka.
 - Co ty, na litość boską, wyprawiasz?
Wbiłam w nią znieruchomiałe spojrzenie. Musiałam wyglądać jak ktoś po przejściach, bo w momencie znalazła się obok, podpierając mnie za ramię.
 - Źle się czujesz? Jelly, słyszysz mnie?
Słysząc, że nazywa mnie „Jelly” od razu oprzytomniałam.
 - Jennifer. Jestem Jennifer. I nie, nic mi nie jest. Po prostu sobie o czymś przypomniałam.
Delikatnie doprowadziła mnie do łóżka i zaryła kołdrą pod sam nos. Silna woń środków piorących uderzyła mnie od razu. Kobieta widząc mój grymas oczywiście musiała skomentować całą sytuację.
 - Nie mówię, że zapach szpitalnej pościeli jest najwspanialszy, ale przynajmniej masz pewność, że żaden insekt nie odgryzie ci nosa.
 - Te wielkości główki od szpilki na pewno nie. Tego jestem święcie przekonana. Ale co z tymi większymi?
Widocznie załapała ironie, bo fuknęła jak obrażona kwoka i z pędem opuściła pomieszczenie. W sumie było mi to na rękę, bo nie chciało mi się z nią rozmawiać. No właśnie – w sumie. Bo bałam się zostać sama. Wszystko zaczęło robić się jakieś dziwne i niezrozumiałe. Coraz więcej sytuacji zakrawało na nienormalne, albo przynajmniej dążące do wytłumaczenia mi, że jest ze mną niezbyt dobrze.
Obróciłam się twarzą w stronę okna i zamknęłam oczy. W uszach rozbrzmiewał płacz i bełkot, jaki przed chwilą usłyszałam.
Jak mam to wyjaśnić? Może Matt jakoś mi pomoże. Był komputerowcem i sprawy głuchych telefonów nie były dla niego w żadnym stopniu skomplikowane, czy nie do osiągnięcia. Znał się na wszystkim, bo po prostu miał równo pod sufitem , nie tak, jak ja.

Mimo strachu, bólu głowy i napiętrzającego się braku swobody udało mi się zasnąć. Jak? Nie mam pojęcia. Najważniejsze było to, że chociaż na chwilę mogłam nie myśleć o tym, że popadam w coraz większą pułapkę, o której jeszcze wtedy nie wiedziałam. 

niedziela, 29 września 2013

PAPIEROWY PUCH - rozdział 6.

6. Nie wiem gdzie byłam, kiedy się ocknęłam, ale to na pewno nie było miejsce, gdzie miał się odbyć pogrzeb mojej matki. Widziałam białe lampy, stoliki i pościel. Wszystko czyste i rażąco świeże. Chciałam kogoś zawołać, ale nie mogłam niczego z siebie wykrztusić. Czułam w gardle gule, która nie pozwalała mi się odezwać.
Nagle usłyszałam Jessicę.
 - Bezczelne kobiety. Jak mogły tak nas oczernić na oczach wszystkich? Przecież każdy może poczuć się lepiej.
 - Kochanie, spokojnie. Nie ma się kim przejmować. Naprawdę. Ważne, że Jennifer nic się nie stało.
Ciszę pomiędzy Mattem i Jess przerywało jedynie pojedyncze i rytmiczne piskanie. Wydawało się, że słyszę aparaturę, która zazwyczaj znajduje się w szpitalach. Niestety dalej nie wiedziałam, co się dzieje. Postanowiłam skupić się na tym, o czym będą rozmawiali wszyscy wokół. Może jakimś nieznajomym mi trafem w końcu zrozumiem o co tu chodzi.
 - Pogrzeb się skończył, prawda? Wszyscy już się rozeszli?
 - Tak, wszyscy pojechali już do domu. Ja na chwilę zostałem, żeby przeprosić duchownego za zamieszanie z karetką. Powiedział, że nic się nie stało i nawet zaproponował, że odwiedzi naszą Jennifer.
Usłyszałam lekkie westchnięcie.
 - Och, to dobrze. A co z Benem?
Głos Jessici wydał się bardziej spokojny. Wcześniej czułam w nim strach i jakieś dziwne przejęcie, którego nigdy wcześniej nie wyłapałam.
 - Jest u mamy, nic mu nie jest. Przerywnik w postaci ciszy uświadomił mi, że jestem w szpitalu. Zrozumiałam, co tak naprawdę się stało. Na pogrzebie matki wymiotowałam na wszystko, co znajdowało się wokół mnie. Ośmieszyłam nie tylko siebie, ale i resztę mojej rodziny, która o dziwo nawet nie czuła się zażenowana. Co gorsza, pomyślałam, nie doczekałam nawet początku ceremonii. Jakie to perfidne. Na miejscu mojej matki obraziłabym się na mnie. Oczywiście gdyby to w ogóle było możliwe. Czułam się zdenerwowana i zniecierpliwiona, a fakt, że nie mogę tego z siebie wydusić jeszcze bardziej mnie irytował. Chciałam wykrzyczeć, że jestem beznadziejna i żałosna. Miałam dość.
I co z tego, że mnie nie kochała? Co z tego, że miała mnie gdzieś? Była moją matką. Mimo wszystko powinnam była tam być. Jak zawsze wszystko wyszło nie tak.
Poczułam, że z moich zaciśniętych powiek wypływają łzy. Ciepłe krople spłynęły po zimnych policzkach zostawiając smugi. Jessica i Matt od razu skoczyli do łóżka.
 - Matt, ona płacze! Na litość boską, co mamy zrobić?
Panika w jej głosie była tak okropna, że przeszły mnie ciarki. Nie chciałam jej denerwować, ani martwić, ale nie mogłam w tej chwili niczego zrobić. Czułam się bezsilna. Nie mogłam otworzyć oczu, ani ust. Ból zamknął moje ciało.
 - Spokojnie, zaraz zajdę po pielęgniarkę.
Równe kroki Matta dobiegły moich uszu. Wiedziałam, że narobiłam im problemu. Wiedziałam, że są przeze mnie tacy zmartwieni.
Co tak naprawdę się ze mną działo? Nawet ja nie wiedziałam, jak to wszystko wytłumaczyć.
Postanowiłam zagłębić się w sobie jeszcze bardziej i nie słuchać otoczenia. Miałam dość zamartwiania się i myślenia o tym, co mogłabym zrobić. Mam dość siebie, dzisiejszego dnia i wszystkiego, co sprawiło, że czułam się jak potwór.
W ostatniej chwili na myśl przyszedł mi mężczyzna, którego spostrzegłam, kiedy Matt podnosił mnie z ziemi. Gdzie widziałam tę twarz? I dlaczego tak bacznie mi się przyglądał?
Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć na te pytania. Wiedziałam tylko jedno – żaden normalny facet nie zwraca uwagi na szarą i niczego nie wartą nastolatkę. Tak przynajmniej myślałam. I tego byłam pewna.
 - Matt, ona dalej płacze! – krzyki Jessici uparcie wdzierały się w moje uszy. Mimo tego, że tak bardzo starałam się odciąć od otoczenia, nie udało mi się. Czułam jej panikę i nieokreślony strach. Bo czemu przejmowała się tym, że płacze? Jeszcze będąc na pół świadomą i komunikatywną.
Postanowiłam skrócić jej męki i uchylić oczy. Włożyłam w to tyle wysiłku, że sama się sobie dziwiłam, bo na ogół nie lubiłam starać się aż za bardzo. Należałam do grupy ludzi, którzy czekali aż wszystko spadnie im z nieba. Były jednak momenty, kiedy musiałam się za siebie brać. Wtedy nie miałam wyjścia i na siłę walczyłam o to, na czym mi zależało. Dzięki temu dorosłam wcześniej niż inni moi rówieśnicy. Może pobyt w domu dziecka, wspomnienie którego wolałabym nie pamiętać, wywarł na mnie tak ogromny odcisk. Niczego już nie byłam pewna.
 - Jess? – zapytałam, lekko uchylając wargi.

Tak! Udało się! Gula zniknęła, a ja wypuściłam z krtani piszczący i krótki dźwięk. Oczy nadal miałam zamknięte, ale usilnie starałam się je otworzyć. Po około minucie mi się to udało. Zobaczyłam zapłakaną i zamartwioną twarz Jessici. Głębokie oczy ukazywały smutek, przejęcie i zmęczenie. Wiedziałam, że narobiłam jej mnóstwo kłopotów. Ona z reguły nie dawała sobie z nimi radę. To dzięki Mattowi jakoś z nimi walczyła. Bez niego już dawno popadłaby w depresję.

czwartek, 26 września 2013

Mała informacja :)

Kolejne części "Papierowego Puchu" będę dodawać nieco rzadziej, żeby wydłużyć sobie czas, który potrzebuję do opracowania kolejnych prac. Czytajcie, rozsyłajcie i cieszcie się literami ; ))

środa, 25 września 2013

PAPIEROWY PUCH - rozdział 5.

5. Wszyscy stojący przed kaplicą ludzie nie wyglądali na zbyt smutnych. Co prawda nikt się nie śmiał, ale też ich twarze nie pokazywały bólu i rozterki malującej się nieraz na buziach wielu innych żałobników, żegnających raz na zawsze swoich ukochanych bliskich. A może ona nie tylko dla mnie była taka zimna? Może nie tylko mnie nie chciała?
Nie znałam tu nikogo. Wszyscy byli obcy. Te twarze wyglądały jakoś nieswojo, nic mi tu nie pasowało. Jessica widząc moje przerażenie, lekko uścisnęła moje ramie.
 - Wszystko w porządku, skarbie?
Rozejrzałam się dookoła pół przytomnie, ale zdołałam jej odpowiedzieć.
 - Tak, Jess. Wszystko okej. 4.

Kiedy wyszłam z łazienki nie weszłam już do kuchni. Skierowałam się do pokoju, żeby zabrać kilka potrzebnych mi dziś rzeczy. Nie zamierzałam brać chusteczek, bo nie przewidywałam płaczu. Jak można płakać za kimś, kto traktował cię jak powietrze przez całe twoje życie? Pokazałabym tylko jak bardzo żałosna i bezmyślna jestem. Wzięłam telefon, portfel i legitymację, w razie gdybym chciała wrócić metrem, albo innym środkiem miejskiego transportu.
- Jenn, gotowa? – słaby głos Matta wlał się do pokoju przez szczelnie zamknięte drzwi.
Chwyciłam czarny żakiet i wyszłam z pokoju.
 - Tak, już jestem – mruknęłam, posyłając mu słaby uśmiech.
W jego smutnych oczach widziałam współczucie. Dokładnie wiedział, co czułam w środku. Idealnie zastępował mi ojca. Był w dodatku przyjacielem. Przyjacielem, którego nigdy nie miałam. Moje znajomości ograniczały się do pani z biblioteki i znajomych kasjerek w pobliskich sklepach. W klasie nie miałam koleżanek, ani kolegów. Zawsze uważałam ich za niedojrzałych i niekompetentnych do rozmowy ze mną. Faktycznie można stwierdzić, że powoli popadałam w narcyzm, ale tłumaczyłam to tym, że mimo młodego wieku bardzo wiele przeszłam. Każde wydarzenie odciskało na mnie silne piętno, z którym musiałam sobie radzić. Oni tego nie znali. Jedyne co ich martwiło to to, że ich serial przestał być emitowany, albo rodzice nie chcieli puścić ich na jakieś akademicki ognisko. Podczas gdy oni zastanawiali się jak w tajemnicy przed rodzicami wypić, naćpać się i zaszaleć, ja siedziałam z Jennifer i Benem. Matt przeważnie był w pracy. Chodziliśmy do parku, na spacery. W trójkę bawiliśmy się o wiele lepiej nić w nie wiadomo jakim towarzystwie. Przy nich po prostu czułam się bezpiecznie i swojsko. Nie musiałam się pilnować, ograniczać. Wiedzieli co mnie boli i wiedzieli jak się zachowywać, by w żaden sposób mnie nie zranić. Kochałam ich i czułam, że są najlepsi na świecie.
Moje rozważania przerwał Ben, który nagle rzucił się do moich nóg.
 - Jenn, wiesz, że ja cię nigdy nie zostawię, prawda? Ja zawsze z tobą będę ! – cicho mamrotał – ale jeśli kupisz mi czekoladę, to już nigdy, ale to niiiigdy cię nie zostawię, obiecuję ! – wbił we mnie swoje niebieskie oczy.
Wszyscy się zaśmiali. Matt, który stał przede mną, Jessica , która wychylała się z przedsionka, ja i mój najukochańszy przyrodni brat na świecie.
 - Ty mała szarańczo, wczoraj dostałeś jedną od Matta! Co za dużo to niezdrowo, kochanie – powiedziałam łagodnym tonem, lekko przykucając. Ben chwycił mnie za szyje i lekko do siebie przyciągnął.
 - Ale ta od ciebie smakuje sto razy lepiej, Jenn. Jest taka słodka i pyszniejsza. Poza tym tatuś już mi nie kupi.
Matt rzucił mi błagalne, ale i rozbawione spojrzenie. Musiałam przyznać, że takie rozluźnienie nieco mi pomogło. Luźna sytuacja rozprowadziła napięcie w domu, sprawiając, że atmosfera stała się spokojniejsza.
 - A to dlaczego? – zaciekawiona, odsunęłam go do tyłu, lekko przytrzymując go za małe ramionka.
Ben popatrzył na Matta, potem na zaciekawioną Jessicę i w końcu na mnie. Nachylił się do mojego ucha i wyszeptał:
 - Tata jeszcze nie wie, że zepsułem jego zegarek.
 - Co zrobiłeś?! Mój zegarek? Jessico, słyszałaś ?! Mój prezent! No niech ja cię złapie, rozrabiako.
Śmiech Bena i pościg Matta wywołał i u mnie i u Jessici fale śmiechu. Ciężko było się powstrzymać, widząc zdenerwowanego, ale i rozbawionego Matta oraz roześmianego Bena, który krzyczał i biegał na wszystkie strony.
 - Koniec tego, chłopcy. Wszystko wyjaśnimy po powrocie do domu, teraz czas na nas.
I nagle wszyscy spoważnieli. Ben po cichu ubrał swoje ciemne lakierki, Matt narzucił marynarkę. Jeszcze przez chwilę z niedowierzaniem kręcił głową, dając upust swojemu zdziwieniu. A ja stałam i czekałam, aż w końcu całe to przedstawienie się skończy. Niech ten dzień się skończy. Niech się skończy i już nigdy więcej nie wraca do mojej pamięci.

Rzuciła mi czułe spojrzenie i z przejęciem szukała wzrokiem Bena i Matta, którzy stali nieco dalej. Za wszelką cenę chcieli zaoszczędzić małemu dziecku oglądania czegoś tak smutnego. Jeszcze nie pora na to, by myślał o śmierci. Powinien się bawić i cieszyć, kiedyś na pewno pozna wszystkie aspekty życia. Jedno jest pewne – nie teraz i nie dziś.
Czułam, że robi mi się niedobrze. Ci ludzie, ta atmosfera. Wszystko totalnie mnie przybijało. Fala mdłości zalała mój żołądek i wygięła moje ciało w pół. Gdybym jeszcze stała gdzieś z boku, albo w miejscu mało widocznym dla innych, wszystko byłoby okej. Niestety jako genetyczna córka ( o której nie wiem, czy ktokolwiek tu wiedział ) byłam z przodu pod okiem wszystkich zgromadzonych. Wcześniej nie zwracali na mnie uwagi. Widocznie wymiociny przyciągają uwagę każdego, interesujące.
Zapaskudziłam buty swoje, Jess i kilku kobiet stojących obok nas. Nie widziałam ich twarzy, ale słyszałam wyrzuty jakimi obrzucały i mnie i Jessicę.
 - Ohyda! Jak mogła pani do tego dopuścić? Jak pani wychowała swoje dziecko?!
Wiedziałam, że Jessica nie odpowie. Nie reagowała na zgryźliwe komentarze i nie obchodziła ją opinia innych. Już miałam się podnieść by uratować sytuację, kiedy kolejna fala mdłości zgięła moje ciało i przybiła mnie do ziemi. Ludzie się odsunęli, a wokół mnie zebrał się tłumik gapiów śmiejących się i drwiących z idiotycznej dziewczyny, która robiła z siebie totalną wariatkę na pogrzebie własnej matki.
 - Jenn! Na litość boską, co ci jest? – głos Matta dochodził z góry. Mocno zacisnęłam powieki, żeby nie widzieć tego, co właśnie wypluwałam. Zawsze mogłam wypluć jeszcze więcej, a po co mi to było?
Starałam się odpowiedzieć, ale nie mogłam. Gardło zacisnęło się na amen. Nawet słowo nie chciało przez nie przejść.
Poczułam, że ktoś delikatnie podnosi mnie do góry i podstawia pod mój podbródek coś zimnego. Na ułamek sekundy otworzyłam oczy. Zobaczyłam zatroskaną Jenn, Matta i starszego mężczyznę, który wiódł za mną wzrokiem. Już go gdzieś widziałam. Tylko gdzie? Jego szara i ziemista twarz utkwiła w mojej pamięci i za wszelką cenę chciała się jakoś przypomnieć. Usilnie myślałam, ale za każdą próbą robiło mi się coraz gorzej.

Bezsilnie zamknęłam powieki i straciłam kontrolę nad tym, co dzieje się ze mną i moim ciałem.

wtorek, 24 września 2013

PAPIEROWY PUCH - rozdział 4.

4.

Kiedy wyszłam z łazienki nie weszłam już do kuchni. Skierowałam się do pokoju, żeby zabrać kilka potrzebnych mi dziś rzeczy. Nie zamierzałam brać chusteczek, bo nie przewidywałam płaczu. Jak można płakać za kimś, kto traktował cię jak powietrze przez całe twoje życie? Pokazałabym tylko jak bardzo żałosna i bezmyślna jestem. Wzięłam telefon, portfel i legitymację, w razie gdybym chciała wrócić metrem, albo innym środkiem miejskiego transportu.
- Jenn, gotowa? – słaby głos Matta wlał się do pokoju przez szczelnie zamknięte drzwi.
Chwyciłam czarny żakiet i wyszłam z pokoju.
 - Tak, już jestem – mruknęłam, posyłając mu słaby uśmiech.
W jego smutnych oczach widziałam współczucie. Dokładnie wiedział, co czułam w środku. Idealnie zastępował mi ojca. Był w dodatku przyjacielem. Przyjacielem, którego nigdy nie miałam. Moje znajomości ograniczały się do pani z biblioteki i znajomych kasjerek w pobliskich sklepach. W klasie nie miałam koleżanek, ani kolegów. Zawsze uważałam ich za niedojrzałych i niekompetentnych do rozmowy ze mną. Faktycznie można stwierdzić, że powoli popadałam w narcyzm, ale tłumaczyłam to tym, że mimo młodego wieku bardzo wiele przeszłam. Każde wydarzenie odciskało na mnie silne piętno, z którym musiałam sobie radzić. Oni tego nie znali. Jedyne co ich martwiło to to, że ich serial przestał być emitowany, albo rodzice nie chcieli puścić ich na jakieś akademicki ognisko. Podczas gdy oni zastanawiali się jak w tajemnicy przed rodzicami wypić, naćpać się i zaszaleć, ja siedziałam z Jennifer i Benem. Matt przeważnie był w pracy. Chodziliśmy do parku, na spacery. W trójkę bawiliśmy się o wiele lepiej nić w nie wiadomo jakim towarzystwie. Przy nich po prostu czułam się bezpiecznie i swojsko. Nie musiałam się pilnować, ograniczać. Wiedzieli co mnie boli i wiedzieli jak się zachowywać, by w żaden sposób mnie nie zranić. Kochałam ich i czułam, że są najlepsi na świecie.
Moje rozważania przerwał Ben, który nagle rzucił się do moich nóg.
 - Jenn, wiesz, że ja cię nigdy nie zostawię, prawda? Ja zawsze z tobą będę ! – cicho mamrotał – ale jeśli kupisz mi czekoladę, to już nigdy, ale to niiiigdy cię nie zostawię, obiecuję ! – wbił we mnie swoje niebieskie oczy.
Wszyscy się zaśmiali. Matt, który stał przede mną, Jessica , która wychylała się z przedsionka, ja i mój najukochańszy przyrodni brat na świecie.
 - Ty mała szarańczo, wczoraj dostałeś jedną od Matta! Co za dużo to niezdrowo, kochanie – powiedziałam łagodnym tonem, lekko przykucając. Ben chwycił mnie za szyje i lekko do siebie przyciągnął.
 - Ale ta od ciebie smakuje sto razy lepiej, Jenn. Jest taka słodka i pyszniejsza. Poza tym tatuś już mi nie kupi.
Matt rzucił mi błagalne, ale i rozbawione spojrzenie. Musiałam przyznać, że takie rozluźnienie nieco mi pomogło. Luźna sytuacja rozprowadziła napięcie w domu, sprawiając, że atmosfera stała się spokojniejsza.
 - A to dlaczego? – zaciekawiona, odsunęłam go do tyłu, lekko przytrzymując go za małe ramionka.
Ben popatrzył na Matta, potem na zaciekawioną Jessicę i w końcu na mnie. Nachylił się do mojego ucha i wyszeptał:
 - Tata jeszcze nie wie, że zepsułem jego zegarek.
 - Co zrobiłeś?! Mój zegarek? Jessico, słyszałaś ?! Mój prezent! No niech ja cię złapie, rozrabiako.
Śmiech Bena i pościg Matta wywołał i u mnie i u Jessici fale śmiechu. Ciężko było się powstrzymać, widząc zdenerwowanego, ale i rozbawionego Matta oraz roześmianego Bena, który krzyczał i biegał na wszystkie strony.
 - Koniec tego, chłopcy. Wszystko wyjaśnimy po powrocie do domu, teraz czas na nas.

I nagle wszyscy spoważnieli. Ben po cichu ubrał swoje ciemne lakierki, Matt narzucił marynarkę. Jeszcze przez chwilę z niedowierzaniem kręcił głową, dając upust swojemu zdziwieniu. A ja stałam i czekałam, aż w końcu całe to przedstawienie się skończy. Niech ten dzień się skończy. Niech się skończy i już nigdy więcej nie wraca do mojej pamięci. 

poniedziałek, 23 września 2013

PAPIEROWY PUCH - rozdział 3.

3. Obudziło mnie lekkie postukiwanie w drzwi. Nie miałam siły otworzyć ust. Jeśli to coś ważnego, wejdą sami.
Jessica cicho weszła do mojego pokoju i delikatnie musnęła mnie ręką po głowie.
 - Wstawaj, Jenn. Musimy wcześniej wyjść, żeby być na miejscu jako pierwsze.
I znów horror powrócił. Mocny ból zalał mój żołądek, jednocześnie stawiając mnie na nogi. Może myślałam, że to zły sen. Niestety, prawda okazała się czymś, co znów bardzo mnie dobiło.
 - Już – mruknęłam, zwlekając swoje obolałe ciało z łóżka.
Fala smutku dosięgała mnie z każdej możliwej strony. Zastanawiałam się dlaczego wszystko jest tak bardzo nierealne, nietykalne. Myślałam, że śmierć będzie dobitnym dowodem na to, że sięgnęłam dna. Widocznie moja intuicja ponownie mnie zawiodła. Zawsze mnie zawodziła. W każdej sytuacji, niezależnie od tego jakie były moje intencje wszystko wymykało się spod mojej kontroli. Wychodziło mnóstwo rzeczy, których tak naprawdę nigdy nie powinno być.
Naciągnęłam na stopy grube skarpetki i sięgnęłam po czarne spodnie z marynarką. Zawsze wydawało mi się zabawne, że na pogrzebach ludzie byli na czarno. Skoro kogoś już nie ma, powinniśmy uczcić jego przejście na drugą stronę i cieszyć się razem z nim, a nie zachowywać się jak żałośni tradycjonaliści i konserwatyści. Bezsensowność niektórych zachowań coraz bardziej doprowadzała mnie do szału. Ale cóż, nic nie mogę na to poradzić. Zatopię się w resztę tłumu.
Wyszłam z pokoju, zamykając delikatnie drzwi. W salonie wszyscy na mnie czekali. Jessica, Matt i rozespany Ben jedli to samo co zawsze, nudne i przewidywalne śniadanie. Te rogaliki z piekarni obok były już naprawdę irytujące. Może i mogłabym wcześniej wstać i zaserwować wszystkim coś innego, ale po co? Zadaniem Jessici było nakarmienie nas i zapewnienie nam wystarczającej ilości składników odżywczych. Reszta mnie nie obchodziła.
Nikt na mnie nie patrzył. Wszyscy byli zanurzeni w swoich ciemnych myślach, zamiarach. Delikatnie muskali stwardniałe już rogaliki, popijając je ciepłą i parującą herbatą.
Postanowiłam zrobić to samo. Czując się tak fatalnie jak dziś nie miałam ochoty nawet na to, by tu siedzieć, a co dopiero jeść. Mój żołądek nie chciał niczego przyjąć. Wołał i dawał znaki, których nie mogłam zignorować.
 - Nie jestem głodna, mogę iść? – z niechęcią rzuciłam wzrok na Matta.
Pokręcił przecząco głową dając mi znak, żebym szybko zabrała się za jedzenie, bo mamy bardzo mało czasu.
 - Jenn – zaczął Ben – płakałaś?
Jego pytanie zbiło mnie z toku myślenia, jaki narzuciłam sobie dziś rano. Ból, strach, przerażenie, ale nie wspominanie łez i myślenia w innym kierunku.
 - Tylko troszkę – posłałam mu słaby uśmiech, wgryzając się w rogalika. W sumie nie był taki zły, nawet mi smakował. Ciepła czekolada rozpływała się w ustach, a ja dzięki tej chwili rozkoszy na chwilę zapomniałam, co tak naprawdę się wokół mnie działo.
 - Kochałaś ją? – wiercił mi dziurę w brzuchu. To dziecko naprawdę kiedyś doprowadzi mnie do szału. Czułam narastającą frustrację.
Żal napłynął do moich oczu. Dwie, zimne krople musnęły o talerzyk, na którym wcześniej leżał rogalik.
Matt zgardził Bena spojrzeniem, jednocześnie zwracając się w moją stronę.
 - Jennifer, wszystko się ułoży. Masz nas, skarbie.
Jessica zatopiona w swojej herbacie również podniosła na mnie wzrok. Chwyciła mnie za kolano i delikatnie nim potrząsnęła.
 - Słyszysz? Wszystko będzie dobrze.
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam, czy cokolwiek może się jeszcze w jakimś stopniu poprawić. Co prawda nie czułam tego, co na pewno odczuwałaby osoba przebywająca ze swoją matką na co dzień. Ja nie miałam z nią kontaktu. Wołała pracę i swojego nowego męża. Nawet nie wiem, dlaczego nie żyje. Nikt nie chciał udzielić mi jakichkolwiek informacji. Jessica powiedziała, że miała jakieś powikłania, których wcześniej nikt nie wykrył i niestety wszystko poszło w złym kierunku. Było mi przykro, że o niczym nie wiedziałam, ale skoro mama nie chciała mieć ze mną niczego wspólnego, to po co faktycznie miała mnie o wszystkim informować? Najbardziej nie bolał mnie jednak fakt, że o wielu rzeczach nie wiedziałam, ale to, że tak bardzo mnie nie chciała. Niechęć i jej wyraz twarzy jaki udało mi się wykryć podczas naszego jedynego spotkania dał mi do myślenia. Poczułam się jak coś niepotrzebnego i nieciekawego. Mimo wszystko zapamiętałam to doskonale, bo wszystko miało miejsce zaledwie dwa tygodnie temu.
Po siedemnastu latach rozłąki Jessica zmusiła nas do spotkania. Może nie mnie, ale ją, bo ja zawsze chciałam się z nią zobaczyć. Od momentu, kiedy mnie porzuciła zawsze byłam związania z Mattem i Jess. To oni byli dla mnie rodziną i nic poza nimi nigdy się nie liczyło. Kiedy na świat miał przyjść Ben cieszyłam się jak normalna siostra, która czeka na kochanego i młodszego brata. Byłam tym faktem naprawdę podniecona i podekscytowana. Wymyśliłam zabawy, w jakie będziemy się bawić, kiedy podrośnie. To przecież ja, ja nadałam mu imię Ben. Tak bardzo prosiłam Matta i Jess, że w końcu ulegli.
Mama natomiast nigdy nie chciała, żebym była częścią jej życia. Byłam błędem jej młodości, który chciała jak najszybciej porzucić i odciąć się od niego raz na zawsze. Co prawda zaszła w ciąże w wieku szesnastu lat, ale dziwiłam się faktem, że żadna matczyna emocja się w niej nie odezwała. To naprawdę bolało i doskwierało jak nic innego.
I tak jakoś wyszło. Nasze jedyne spotkanie odbyło się w pogrzebowej atmosferze, a ja czułam się jak ostatnia idiotka. Traktowała mnie z odrzuceniem, nie chciała nawet na mnie patrzeć. Byłyśmy wtedy w kawiarni na przedmieściach. Ja, Jessica i ona. Piłyśmy kawę, którą zaproponowała Jess.
 - Czego sobie pani życzy? Może ma pani ochotę na jakiś deser? – Jess była miła, to ona kierowała tym spotkaniem, bo ani ja, ani moja matka nie wiedziałyśmy jak się zachować. Ja pragnęłam jakiegoś odruchu czułości. Co dostałam w zamian? Niesmaczne spojrzenie i wyraz twarzy, który mówił, że ma ochotę stąd uciec.
 - Nie chce niczego. Za pięć minut przyjedzie po mnie Frank. Mam spotkanie, więc muszę wcześniej wyjechać.
Jess rzuciła jej zimne spojrzenie, a potem zerknęła na mnie. Wyczuła, że byłam zmieszana i smutna.
 - To co, Jenn, może opowiesz mamie o swoim wyjeździe na obóz?
Mama usłyszawszy to słowo zlękła się jeszcze bardziej. Widocznie nie zaakceptowała ani mnie, ani jej, ani faktu, że ma dziecko, za które w niektórych momentach trzeba brać odpowiedzialność.
 - Wydaje mi się, że Frank zaraz będzie. Dziękuję za spotkanie, było miło. Powodzenia Jennifer w nowej szkole – nigdy nie zapomnę bladości jej szarych oczu i tego zimna, które poczułam mimo tego, że siedziałam dość daleko od  niej.
Posłałam jej nieszczery uśmiech i zatopiłam się w kurtce Jessici lekko łkając. Nie powiem, że było mi dobrze. Było mi fatalnie i przez następny tydzień nie mogłam do siebie dojść. A potem ta wiadomość o tym, że matka nie żyje. Nie czułam tej więzi między nami, ale i tak żal ściskał moje serce.
- Kochanie, nie płacz!
Kiedy zorientowałam co się dzieje, zobaczyłam Matta, Jess i Bena tulących mnie i wycierających moją twarz.
Wspomnienia odsunęły mnie od jeszcze gorszej rzeczywistości.
 - Przepraszam, muszę iść.
Wstałam z krzesła i weszłam do łazienki, zostawiając moją kochaną trójkę sam na sam.
Nachyliłam się nad zlewem i przetarłam twarz. Od razu poczułam się lepiej. Ciepło rozeszło się po policzkach, a zaczerwienione oczy zaczynały wracać do pierwotnego stanu.

Patrząc na postać w lustrze nie mogłam dostrzec samej siebie. Szukałam w dużych, brązowych oczach, małych ustach, delikatnie różowych policzkach. Ale i tak niczego nie mogłam odnaleźć. Może miałam nadzieję, że znajdę sposób na uspokojenie samej siebie, nie wiem. Chciałam znaleźć wytłumaczenie dla mojego stanu, który przecież i tak był w tym momencie nieuzasadniony. Umiera ktoś, kogo widziałam tylko raz. Umiera ktoś, kto nie chciał mieć ze mną niczego wspólnego. Dlaczego więc to tak boli? Dlaczego czuję tak okropne odrzucenie i strach ? Nie umiałam znaleźć odpowiedzi na żadne z pytań, które sobie wtedy zadałam. Wiedziałam tylko jedno. Powinnam dziękować Bogu za to, że mam Matta, Jessicę i Bena. Gdyby nie oni, nie byłoby mnie tutaj.

niedziela, 22 września 2013

PAPIEROWY PUCH - rozdział 2.

 Siedziałam na swoim łóżku, ignorując to, co działo się wokół mnie. Nie chciałam z nikim rozmawiać, ani o niczym myśleć. Wszystko mnie denerwowało. Myślałam, że oburzona mina odstraszy Jessice i Matta, którzy co pięć minut wchodzili do mojego małego pokoiku.
 - Jenn, możemy porozmawiać? – głos Jessici wydał się okropnie słodki. Wiedziałam, że zamierzała dać mi dobrą radę, poradzić coś fajnego, dobrego. Ale to i tak mi nie pomagało, to jeszcze bardziej mnie dołowało.
Rzuciłam jej wrogie spojrzenie i wbiłam wzrok w okno, za którym deszcz nawadniał wysuszoną wcześniej ziemię. Było szaro i brzydko. Mogłam bez przeszkód stwierdzić, że nawet pogoda chciała doprawić mnie o ból głowy.
 - Dobrze, skoro tak się ze mną bawisz, nie mam wyboru – zaparła się w ten swój delikatny i kobiecy sposób, zamykając z przytupem drewniane drzwi. Szkło wypełniające środek lekko zabrzęczało.
Podciągnęłam kolana pod brodę i skuliłam się w rogu łóżka, żeby nie widziała mojej buzi.
Podeszła blisko, aż za blisko. Usiadła na parapecie, czyli tam, gdzie moje oczy sięgały najdalej i wymuszała swoją osobą, żebym cokolwiek powiedziała. Ale ja i tak pozostawałam przy swoim. Przed oczami miałam wczorajszy wieczór, smutną minę Matta, zapłakanego Bena i Jessicę, która starała  się w bardzo delikatny sposób powiedzieć mi o czymś, co diametralnie zmieniło moje życie. Ale co ja mogłam z tym wszystkim zrobić? Chyba nic.
 - Kochanie, nie myśl już o tym, dobrze? Przecież wiesz, że to nie twoja wina i nie miałaś na to żadnego wpływu. Widocznie tak miało być – wbiła smutne oczy w moją twarz, starając się jakoś mnie rozweselić, ugruntować w przekonaniu, że faktycznie jej tok myślenia powinien na mnie wpłynąć. A ja tylko patrzyłam na to, jak bezsilnie stara się mi pomóc, bo de facto naprawdę nie było osoby, która dałaby sobie z tym radę.
Jednym ruchem zeskoczyła z parapetu i znalazła się koło mnie. Otoczyła mnie ramieniem i delikatnie cmoknęła w mokry policzek.
 - Wiesz, że rozmawiałam z nią tylko raz? – okropny pisk, jaki wydobył się z mojej krtani nie był moim głosem. To wołanie o pomoc, lament, który rozsadzał moje serce od środka.
Mocniejszy uścisk uświadomił mi, że mogę na nią liczyć. Czułam bezpieczeństwo. Ale i tak nic nie mogło przywrócić mi równowagi, jaką ostatnio zauważyłam w swoim życiu. Posypało się absolutnie wszystko. Nie czułam pod nogami niczego, zero pewności, ani zaufania do ludzi. Wydawało mi się, że już niczego w życiu sama nie zrobię, bo myśl o tym, że moja jedyna siostra zginęła, okropnie mnie dołowała.
 - Rozumiem cię, Jennifer – jej głos stał się tak samo czuły jak wtedy, kiedy dowiedziała się, że złamałam rękę. Była tak cudownie opiekuńcza – musisz być silna, wiesz? Pokaż jak bardzo odważna i dzielna jesteś, kochanie. Potrafisz to zrobić, prawda? Ja wiem, że potrafisz.
Lekko kiwnęłam głową na znak sprzeciwu. Jak miałam walczyć, skoro to i tak nie miało sensu? Po co bić się o kawałek chleba, który i tak nie należy do mnie? Wszystko było okropnie bezsensu i w tamtej chwili wydawało się przezroczystą iluzją, która coraz bardziej osiada na mojej psychice.
 - Nie umiem tak. Naprawdę nie umiem. Jedyna osoba, z którą łączyła mnie jakakolwiek więź odeszła. Teraz zostałam sama. Jak palec – burknęłam, odpychając Jessicę. Usiadłam na drugim końcu łóżka i starając się nie patrzyć w jej stronę, nerwowo zaciskałam pięści.
Wstała i podeszła do drzwi.
 - Potrzebujesz czasu. Pamiętaj, że ja i Matt zawsze jesteśmy do twojej dyspozycji. Możesz na nas liczyć.
Kiedy wyszła po czułam ulgę. Nie chciało mi się już o niczym rozmawiać.
Opadłam na poduszkę i wbiłam wzrok w sufit. Przez głowę przeleciał mi obraz mężczyzny, którego dziś spotkałam. To nienaturalnie szybkie zniknięcie, pojawienie się i słowa, które kompletnie się nie uzupełniały. Totalny miszmasz emocjonalny. I weź tu człowieku pozostań normalny.

Powieki coraz bardziej opadały, pod ciężarem zmęczenia i żalu. Nie stawiałam im oporu. Pozwoliłam delikatnie i swobodnie opaść. Sen lekarstwem na wszystko – niech wyleczy moje stargane serce.